poniedziałek, 5 grudnia 2016

Rozdział 7

      Czułam się źle. Nie powinnam tęsknić, wyobrażać sobie co by było gdyby, ale jakaś cząstka mnie, z którą nieustannie walczyłam, sprawiała, że w jakimś stopniu za Mattem tęskniłam. Michał i moi rodzice codziennie wybijali mi go z głowy, próbowali zająć czymś moje myśli, próbowali oczyścić mi głowę z tego toksycznego związku i z czasem zaczęło to pomagać. Tym bardziej, że stali za mną murem siatkarze ze Skry, którzy byli dla mnie jak rodzina.
 
- Aniu, kochanie. Zbieraj się, musimy pojechać na policję złożyć zeznania. - Weszła do mojego pokoju mama.

Gdy zobaczyła mnie po raz kolejny zapłakaną, zasmuciła się ponownie. Usiadła przy mnie i mocno mnie przytuliła i zaczęła mówić szeptem.

- Wiem, że to boli. Wiem, że Matt to była osoba, którą kochałaś i pewnie nadal kochasz, ale nie możesz sobie pozwolić na to, żeby to mu uszło na sucho. Musisz z tym walczyć, inaczej Bóg wie, co może się wydarzyć. Minie trochę czasu zanim wszystko wróci do normy, ale od czegoś trzeba zacząć. A to jest ten właściwy krok. I najwyższy czas.
- Co jeśli to nie jest koniec? A nie jest? Mamo, on jest zdolny do wszystkiego. - Spojrzałam na nią.
- Damy radę, kochanie. Nasza rodzina sporo już przeszła i przejdzie przez wszystko inne. Teraz najważniejsze jest twoje zdrowie fizyczne i psychiczne.
- Ja nie wiem, co ja bym bez Was zrobiła. - Szepnęłam.

     Po tej krótkiej rozmowie zeszłam na dół. Tam już Michał z tatą na mnie czekali. Dla nich też to był ciężki okres. W końcu ubrałam płaszcz i kozaki, po czym pojechaliśmy na posterunek. Gdy byliśmy coraz bliżej budynku, zaczynałam się coraz bardziej niepokoić. Kiedy udało nam się zaparkować pod posterunkiem i wysiedliśmy wszyscy z samochodu, tam czekał na nas ku mojemu zdziwieniu Srećko.

- Pomyślałem, że może nam pomóc. I to bardzo. - Uprzedził moje pytanie Michał.
- Dobrze. - Odpowiedziałam.

     Po drodze środkowy bloku mnie objął przyjaźnie i poszliśmy w stronę drzwi głównych. Tam po wyjaśnieniu pokrótce, w jakim celu się zjawiliśmy, poproszono pierw mnie do gabinetu pani podkomisarz Nowak.
     Wtedy zaczęło się całe maglowanie. Na szczęście kobieta okazała się być ogromnym wsparciem. Na spokojnie pytała o szczegóły, o których z resztą próbowałam opowiadać z zimną krwią, ale był taki moment, że po prostu się rozpłakałam.

- Od kiedy to trwało? - Spytała po chwili.
- Od prawie roku. Na początku były to jednorazowe i rzadkie występki, ale z dnia na dzień robiło się coraz gorzej.
- Komuś się zwierzałaś przed przeprowadzką do Bełchatowa?
- Nie. Kryłam to. Dopiero po przeprowadzce. Po tym jak doszło do kolejnej awantury i rękoczynów, rozbiłam mu wazon na głowie, wykorzystałam jego dezorientację i uciekłam z domu.
- Rozbiłaś mu wazon na głowie?
- W samoobronie. Jak mam się bronić przed dwumetrowym facetem rękoczynami, gdy jestem trzy razy od niego słabsza?
- Rozumiem. Uciekła pani z domu i co wtedy?
- Spotkałam przyjaciela z klubu. Ze Skry.
- Jak się nazywa?
- Srećko Lisinac. Wtedy on mnie złapał na ulicy i już nie dało się tego wszystkiego kryć. Dowiedział się o wszystkim. Poprosiłam go o dyskrecję.
- Dlaczego?
- Bo gdyby Matt się dowiedział, że komuś powiedziałam o tym, nie dość, że miałaby jeszcze większe piekło, chociaż nie wiem czy większego się nie dało, to jeszcze pewnie próbowałby...
- Uciszyć pani przyjaciela?
- Dokładnie. - Potaknęłam.

Kobieta zanotowała wszystko w raporcie i innych dokumentach o wszczęciu śledztwa. 

- Aniu powiem Ci tak. Będzie trudno. 
- Wiem. 
- Co nie zmienia faktu, że zrobimy wszystko, żeby Anderson za to odpowiedział. Wszystko. - zapewniła mnie. - Nie pozwolimy, żeby mu to uszło na sucho.
- Mam nadzieję. - Wyszeptałam.
- Powiedz mi jeszcze o tym, jak dowiedziała się Twoja rodzina.
- Podczas rodzinnego obiadu. Najpierw mój brat - Michał wziął mnie na stronę, bo chciał porozmawiać. Wyszliśmy na zewnątrz. Od razu zapytał się, czy Matt używa wobec mnie przemocy. - Zaczęłam mówić ze łzami w oczach. - Już nie miałam siły udawać i z płaczem powiedziałam mu wszystko. Całą prawdę.
- A jak twój brat się dowiedział?
- Od Lisinaca. Powiedział mu, bo wiedział, że ja byłam zbyt przerażona, żeby to zrobić. Dobrze zrobił.
- Jak zareagował Twój brat?
- Chciał mu... Kolokwialnie powiem... Ryj obić Ale go powstrzymałam. Udało mi się go uspokoić i wtedy wróciliśmy do domu jak gdyby nigdy nic. Ale wtedy Matt zrobił coś, co przeszło ludzkie pojęcie.
- Czyli co?
- Od tak się oświadczył.
- Oświadczył? - Spytała zszokowana.
- Tak. Oczywiście się nie zgodziłam, a on nie mógł tego przyjąć do wiadomości. Wtedy zaczął się cały cyrk. Dowiedzieli się rodzice, dowiedziała się żona mojego brata. - Dodałam.
- Robiłaś jakieś badania w szpitalu? Coś co by mogło potwierdzić uszczerbek na zdrowiu?
- Pani Nowak, mam tego całą teczkę. - Powiedziałam i podałam ją.
- No dobrze. Wystarczy. - Stwierdziła nieco wstrząśnięta tym wszystkim. - Czy twój przyjaciel Srećko Lisinac i brat są w stanie zeznawać? Masz do nich jakiś numer?
- Tak, ale pani komisarz.
- Tak?
- Oni przyjechali ze mną. Są tutaj.
- A możesz ich poprosić? Chciałabym ich przesłuchać.
- Oczywiście. - Odpowiedziałam i wstałam z krzesła. - Dziękuję Pani.
- Podziękujesz mi jak ten cały Anderson zapłaci za wszystko. Na razie nie ma jeszcze za co. Tu trzymaj moją wizytówkę, gdyby cokolwiek się działo, masz do mnie zadzwonić.
- Dziękuję. - Odpowiedziałam i opuściłam gabinet. - Pani komisarz chce z wami porozmawiać. - Zwróciłam się do swojego brata i do Lisinaca.
- No pewnie. - Odpowiedzieli obaj i zaraz poszli do jej gabinetu.

Usiadłam obok taty wycieńczona i zmordowana, jak po najgorszym wysiłku fizycznym. Oparłam głowę na jego ramieniu i zamknęłam oczy. Poczułam jak bez żadnego słowa przytula mnie do siebie.

- Wygramy tę wojnę córcia. Nie damy się. Z Winiarskimi się nie zadziera. A ten ćwok nie wie, z kim ma do czynienia.

      Nie skomentowałam tego, bo wiedziałam, że oni tego tak nie zostawią. Musiałam wierzyć, że wszystko skończy się dla mnie, dla naszej rodziny jak najlepiej. 
Przesiedzieliśmy na korytarzu chyba z półtorej godziny. Ten czas się dłużył i to niemiłosiernie. Przy końcu zaczęłam chodzić w te i z powrotem. W końcu obaj wyszli z panią komisarz z jej gabinetu. 

- Na dzisiaj to wszystko, dziękuję. W ciągu tygodnia powinno przyjść pismo dotyczące wszczęcia postępowania. Będziemy się z panią kontaktować. Oczywiście z Panem, Panie Michale i Panie Lisinac również. Muszę mieć tylko pewność, że będziecie zeznawać w sądzie.
- Oczywiście. - Powiedział od razu mój starszy brat.
- Nie widzę innej opcji. - Dodał Serb.
- W takim razie od razu pójdę napisać pismo do prokuratury. - Uśmiechnęła się kobieta. - Wszystko będzie dobrze Anno. To nie będzie łatwy proces.
- Uwierzy mi Pani, już mnie nic nie zdziwi. - Powiedziałam szczerze.
- Nie wątpię, ale proszę uzbroić się w cierpliwość i być może pojechać gdzieś z bliskimi oczyścić umysł. To może być za dużo, na pani głowę.
- Rozważę to. Dziękuję. Do widzenia.

     Po chwili wszyscy byliśmy już przed budynkiem. Zaskoczeniem moim był fakt, że robiło się już ciemno.

- Jeszcze raz dziękuję, że przyjechałeś zeznawać. - Skierowałam słowa do Lisinaca.
- Anka, w życiu bym nie pozwolił, żeby mu się to upiekło. Nie po tym w jakim stanie Cię już widziałem. Nie ma w ogóle o czym mówić.
- Jest. Serio.
- Czyli się nie złościsz za to, że powiedziałem Michałowi?
- Dzięki tobie się od niego uwolniłam. Nie mam za co się złościć. - Uśmiechnęłam się delikatnie. 
- Dobra, ja uciekam, bo jeszcze jakieś zakupy do domu muszę zrobić. Do zobaczenia na treningu? 
- Ze mną na pewno, nie wiem, jak z małą. - Powiedział Misiek. 
- Najpierw mi dajcie cynk, czy nie będzie Matta. Wtedy się zobaczy. 
- Prędzej czy później się z nim spotkasz,
- Owszem. W sądzie. - Odpowiedziałam swojemu ojcu i na niego spojrzałam. 

     Po pożegnaniu się z Serbem pojechaliśmy we trójkę do domu. Była tak grobowa cisza jak nigdy. Wzięłam swój telefon do ręki. Dzięki Bogu zero odzewu od kogokolwiek. 
     Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu, mama zasypała nas milionami pytań.

- I jak było? Zabiorą się za to? Co Was tak długo maglowali? O Co pytali? 
- O wszystko. - Westchnęłam. - Dosłownie o wszystko. Najpierw przesłuchiwali mnie, potem Michała i Srećko. 
- A ojca? 
- Tata czekał na nas na korytarzu. - Walnęłam torbę na półce w komandorze i poszłam się napić.
- Nie wydaje się, jakby to miało cokolwiek poprawić.
- Mamo daj spokój. - Powiedział Michał. - Naprawdę. Nikomu nie chce się wałkować tego samego kolejny raz. Zrozum, proszę. 
- No dobrze, dobrze. Ale zrobią coś z tym fantem?
- Oczywiście, że tak. Pani komisarz od razu wystosowała pismo do prokuratury o wszczęcie śledztwa i się zajmą tym gnojem. 
- Tylko jest pewien problem. Jest Amerykaninem. dodała mama.
- Żaden z tego problem. Obywatel USA podlega prawom kraju, w którym przebywa. Gorzej będzie,  jeśli będzie się odwoływał od wyroku i włączy się do tego federacja i ambasada. Bo opcji w tym wypadku ma wiele. - Odezwał się mój tata. 
- Deportacja, grzywna, areszt lub więzienie. - dodał mój brat. 
- Tak czy inaczej pani komisarz nie spocznie dopóki Matt nie znajdzie się za kratkami. - Oznajmiłam.
- To chyba dobrze.
- Mamo, to jest początek piekła. - Stwierdziłam. 

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział 6

    Patrzyłam na niego z otwartą buzią, Michał tak samo. Dagmara z mamą prawie się popłakały ze szczęścia, ale ja się otrząsnęłam.

- Ja... Nie. - Odpowiedziałam i pokręciłam przecząco głową.
- Co? - Zaśmiał się nerwowo.
- Nie. - Powiedziałam już bardziej stanowczo.
- Ania. - Zaczęła mama.
- Ania kochanie. - Powiedział poważniejszym tonem. - Wyjdź za mnie.
- Nie wyjdę za ciebie. - Powtórzyłam.

Całej mojej rodzinie oprócz mojego brata zrzędła mina kompletnie. Bo przecież jak mogłam odrzucić zaręczyny od takiego kogoś.

- Ale... jak to nie? Przecież tak dobrze nam się układa. - Powiedział.
- Dobrze? - Prychnął Michał. - Jak ją poniżasz czy bijesz? A może zmuszasz do seksu?

Amerykaninowi automatycznie zrzędła mina. Spojrzał na mnie.

- Szach mat kochanie. - Szepnęłam.
- To są jakieś oszczerstwa. - Prychnął. - Proszę w to nie wierzyć.
- Naprawdę? - Odezwał się mój brat i wstał.
- Michał uspokój się. - Powiedziała mama.

Wstałam i podeszłam do Michała. Mój brat pokazał dowody zbrodni. Odsłonił mój bark i przedramiona.

- To tylko namiastka tego co ten skurwiel jej zrobił. - Warknął. - Mam pokazać więcej? - Spytał i zaczął podchodzić do Andersona. - Może chcesz uderzyć kogoś równego sobie, co? - Spytał. - A nie wyładowujesz swoje niezrównoważenie psychiczne na mojej siostrze? Co? Już nie jesteś taki chętny?
- Kto ci te bajeczki powiedział co? - Spytał.
- Masz czelność jeszcze kłamać mi w żywe oczy i to w naszym domu?! - Nie wytrzymał i uderzył go z pięści w twarz. - Ty pieprzony gnoju! Cię kurwa nauczę szacunku do kobiet! - Krzyczał i zaczął go bić.

Nie czekałam tylko szybko zaczęłam ich rozdzielać. Było cholernie trudno. Dagmara mi szybko pomogła i tata tak samo.

- Anka wychodzimy stąd!
- Ty wychodzisz ja zostaję. - Powiedziałam.
- Powiedziałem wychodzimy! - Krzyknął.
- Nie będziesz na mnie podnosił głosu w moim domu. - Oznajmiłam. - to koniec. - Dodałam.
- Ja ci kurwa powiem, kiedy będzie koniec, na razie wracamy do domu, a tam sobie porozmawiamy. - chwycił mnie mocno za ramię i popchnął w stronę korytarza.
- Łapy precz od mojej córki! - Odepchnął ode mnie Matta mój tata.

Zaraz przybiegł mój brat i obaj pomogli mu wyjść. Szybko wyszłam na ganek, tak samo mama i Dagmara. Obaj prali go na kwaśne jabłko.

- Żebym cię kurwa więcej nie widział!
- Zobaczymy się w sądzie ty gnoju! - Dodał mój ojciec.
- To jeszcze nie koniec! Zobaczycie wszyscy! Jeszcze do mnie wrócisz, rozumiesz?! - Krzyczał do mnie.

      Szczerze się go bałam. Oczy zaszły mi łzami. Na to jeszcze mój kochany starszy brat uderzył go ponownie. Potem tylko Anderson odjechał z piskiem opon. Obaj Winiarscy otarli twarze i ręce i podeszli do mnie. Patrzyłam na nich. Gdy tata mnie przytulił poczułam się jak dziecko. Weszliśmy wszyscy do środka. Wtedy dopiero zaczęło się prawdziwe przesłuchanie ze strony rodziców i Dagmary. Tłumaczyłam im to wszystko powoli. Nie obyło się bez moich łez, mamy, Dagmary, Michała, taty.

-  Trzeba coś z tym zrobić. nie może mu to ujść na sucho. - Odezwała się moja szwagierka.
- Zgadzam się. Michał, pojedź z Anią do szpitala na badania. Potem zgłosi się to na policję.
- Tato... On będzie miał za sobą stado adwokatów... - Powiedziałam.
- Zapłaci za to co ci zrobił. nie pozwolę, żeby tobie coś się stało. Zrobię wszystko, żeby ten gnój zgnił w pierdlu. - Powiedział.
- Ojciec ma rację. Jurek jak my mogliśmy być tak zaślepieni!?
- może dlatego, że to światowej sławy siatkarz. - Mruknęłam. - W domu zostały wszystkie moje rzeczy...
- Nie bój się o to kochanie, z Michałem po nie pojedziemy. Ale to kiedy indziej, Grażynko polej nam wszystkim, bo na trzeźwo tego chyba nie udźwignę.
- Wino? - Spytała mama.
- A mamy wódkę? - Spytałam.

      Wszyscy na mnie spojrzeli i zaczęli się śmiać. Zawtórowałam im cicho. Po chwili przyniosłam kieliszki i lód oraz szklanki, a mama przyniosła gwóźdź tego programu, czyli dwie litrowe Finlandie. Wtedy się zaczęło picie. Dla każdego członka naszej rodziny ten dzień to była masa wrażeń. Póki Dagmara jeszcze była trzeźwa położyła Oliwiera spać, z Antosiem zrobiła to samo. A potem zaczęło się zapijanie wrażeń i emocji.
      W końcu wyszłam na taras i zapaliłam sobie, mimo że wiedziałam, że nikt w rodzinie nie lubił jak palę. Oparłam się o filar i tak stałam sobie i paliłam powoli. Z jednej strony w końcu mogłam odetchnąć z ulgą, że najgorsze już jest za mną, a z drugiej strony obawiałam się, co jeszcze Matthew może zrobić, tym bardziej, że nie musi się już z niczym kryć. Po spaleniu mentolowego papierosa wróciłam do swojej rodziny i dołączyłam do picia. Skończyło się tym, że wszyscy nocowaliśmy u rodziców.
     Następnego dnia, gdy wszyscy wytrzeźwieli i doszli do siebie po niedzielnym obiadku, każdemu zostało przydzielone jakieś zadanie. Tego dnia własnie pojechałam do szpitala na badania, które stwierdzały wszelkie uszczerbki na zdrowiu. Tam spędziłam dobre 5 godzin, bo jeszcze kolejki nie kolejki, wywiady z lekarzami. Po wyniki miałam się zgłosić następnego dnia.

- No dobra siostra, wracamy do domu.
- Nie musisz tak ze mną jeździć. Zawalasz treningi. - Powiedziałam.
- Nic nie jest dla mnie ważniejsze od rodziny, więc nawet nie gadaj głupot.
- Srećko wie, co się wczoraj odwaliło?
- Tak powiedziałem mu przez telefon. Wiemy jedno. Że Anderson w Skrze nie będzie miał życia i albo sam odejdzie, albo my mu w tym pomożemy.
- Misiek. - Jęknęłam.
- Słuchaj Ania ja wiem, że ci jest ciężko, bo jednak byłaś z nim dość długo. Ale nie możesz wiecznie szukać usprawiedliwień dla jego zachowań i bestialskiego traktowania.
- Po prostu boję się, że znienacka może coś zrobić, a on jest do tego zdolny.
- Z wynikami jutro pojedziemy na policję i już się gnój z tego nie wywinie. - Oznajmił mój brat. - Klub jak się o tym dowie to tez nie pozostawi na nim suchej nitki i do końca sezonu będzie grzał kwadrat.
- Po prostu się boję, co będzie dalej. - Spojrzałam na niego.
- Tobie już włos z głowy nie spadnie, to mogę ci zagwarantować.

Potaknęłam delikatnie. Pojechaliśmy do domu rodziców, gdzie tymczasowo mieszkałam. Zjadłam sobie płatki z jogurtem i poszłam do swojego pokoju.

- Puk puk! - Usłyszałam kogoś.
- Ooo hej Srećko. A ty nie na treningu?
 - Właśnie po Ciebie wpadłem, Andersona nie ma, więc z Miśkiem chcielibyśmy cię zabrać na trening. - Uśmiechnął się.
- Właśnie... - Podniosłam się.
- Ja wiem nie powinienem mu tego mówić, ale wiedziałem, że ty tak szybko się do tego nie zbierzesz, więc postanowiłem ci trochę pomóc. - Oznajmił szybko.
- Chciałam ci tylko podziękować za pomoc. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Gdyby nie twoja interwencja prawdopodobnie bym siedziała w domu, przymuszona do przyjęcia zaręczyn i załamana psychicznie.
- W końcu rodzina co? - Spytał z uśmiechem.
- A jak. - Odpowiedziałam.

Ubrałam trampki i w trójkę pojechaliśmy na halę. Darowałam już sobie makijaż i inne cuda wianki. Nie miałam siły i ochoty dłużej tego ukrywać. Tym bardziej, że moi najbliżsi już wiedzieli o wszystkim. Na miejscu zaczęło się całe wyjaśnianie, dlaczego go nie ma i w ogóle. Wszyscy jak jeden mąż byli zszokowani i przerażeni okrutną, lecz niestety prawdziwą naturą siatkarza zza oceanu. Rozmawialiśmy sobie w gronie liczącym zawodników i trenerów, ale newsy o incydencie doszły do samej góry, czyli prezesa Piechockiego. Szybko się znalazł przy nas.

- To co mówicie to prawda? - Spytał, gdy się zjawił.
- A widzi pan moją siostrę, panie prezesie? - Spytał Michał.
- O Matko Boska Ania...
- No właśnie. - skwitował jego reakcje Winiarski.
- Nie wiem jak pan, ale moim zdaniem dla dobra nie tylko Ani, ale i całego klubu kontrakt powinien zostać unieważniony. - Odezwał się Szampon.
- Mariusz ma rację, takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. - Dodał Facu.
- Ja to rozumiem, ale gdzie my znajdziemy drugiego takiego atakującego? - Spytał.
- Nie chcę nic sugerować tato, ale tutaj nie chodzi tylko o nazwisko, ale o renomę klubu. I przede wszystkim bezpieczeństwo. - Odezwał się Kacper. - Skoro nie bał się podnosić ręki na swoją własną dziewczynę...
- Ja wiem, ale Anderson zażąda na pewno odszkodowania za niewypełnienie kontraktu.
- Jeśli udowodni mu się to, co mi zrobił, sam odejdzie z podkulonym ogonem. - Spojrzałam na niego.
- Albo my mu w tym pomożemy. - Dodał Lisinac.

piątek, 14 października 2016

Rozdział 5

      Od tamtego czasu z tego co zauważyłam, w sumie nie tylko ja ale i Michał, że Lisinac i Matt nie mogli się dogadać. A to wszystko dlatego, że Serb dowiedział się o niestety mrocznej prawdzie o moim związku z Amerykaninem. I to właśnie Srećko był jedyną osobą, której zaczęłam się zwierzać ze wszystkiego. mimo że Matt kontynuował mocne ograniczanie kontaktu z moimi znajomymi i nawet czasami z własnym bratem, zawsze znajdowałam sposób na to, żeby się choćby na chwilę wyrwać.

- Jak się dzisiaj czujesz? - Spytał, gdy spotkaliśmy się w Parku Narutowicza.
- Przynajmniej dzisiaj mnie jeszcze nie uderzył. Skończyło się jedynie na poniżaniu, ale do tego chyba już zdążyłam przywyknąć. - Uśmiechnęłam się smutno.
- Jak ci się udaje ukrywać te wszystkie rany na twarzy, rekach i całym ciele? - Przecież jeszcze parę dni temu to wyglądało koszmarnie.
- Obejrzałam parę filmików w internecie i po prostu kupiłam kosmetyki odpowiednie do tego. Chociaż w ten sposób jak wyjdę z domu to mogę zapomnieć o tym całym piekle.
- No często z niego nie wychodzisz, powiem ci. Ania przecież to jest karalne. Jak twoi rodzice zareagowali, jak zobaczyli cię z kolejnym limem pod okiem? Co im tym razem powiedziałaś?  A co mówisz Michałowi? Gdy kolejny raz niby się źle czujesz, a prawda jest taka, że ten frajer cię katuje! Kiedy powiesz im prawdę? Kiedy od niego odejdziesz? Kiedy wylądujesz w szpitalu na Oiomie?
- Nie wiem! - Podniosłam głos ze łzami w oczach. - Po prostu nie wiem. Mam dość już tego całego piekła jakie mi rozpętał. - Jęknęłam i schowałam twarz w dłoniach.

Poczułam jak środkowy bloku mnie przytula i zaczyna uspokajać. nie chciał źle. Też był tym obciążony przeze mnie. I się martwił. Dlatego nie mogłam go obwiniać. I nie chciałam. Po chwili od niego się odsunęłam.

- Chyba czas powiedzieć prawdę swojej rodzinie nie sądzisz? - Spytał delikatnie.
- Jak? - Spojrzałam na niego.
- Anka, jesteśmy w tym razem.
- Bo cię wplątałam.
- Nie. Bo chcę ci pomóc, bo jesteś dla mnie jak siostra. Zupełnie jak dla każdego ze Skry. Juz i tak się rozpisują o tym, że nie dzieje się najlepiej, więc po co to ciągnąć. Nie ma w tym najmniejszego sensu.
- To prawda... Tylko jak mam to powiedzieć? - Spytałam. - Normalnie przy rodzinnym obiadku? "Mamo, tato. Matt mnie katuje, poniża i wykorzystuje seksualnie. Podacie mi sosik do ziemniaczków?"
- No może nie tak... Kiedy się z nimi widzisz?
- Dzisiaj do rodziców na obiad zostaliśmy zaproszeni. Będzie też Michał z Dagmarą i dzieciakami. - Powiedziałam.
- A Matt coś podejrzewa?
- Na szczęście nie. - Odpowiedziałam.
- A co mu mówisz jak wychodzisz?
- Że idę do Dagmary czy coś. Czasami jest średnio, ale dzisiaj miał w to wyrąbane. Tylko mruknął coś pod nosem i tyle z tego było. Na szczęście. 


         Po godzinie się z nim pożegnałam i poszłam do domu. Matta na szczęście nie było w domu, więc odetchnęłam z ulgą.  W spokoju wybrałam z garderoby ciemno niebieską z z rękawami na 3/4, delikatnie rozkloszowaną. Po wybraniu odpowiedniego dla mnie ubrania, poszłam wziąć prysznic. Potem zajęłam się suszeniem włosów, makijażem i fryzurą. W końcu zabrałam się za ubieranie. Z racji tego, że sukienka była zapinana na zamek błyskawiczny to miałam z tym trochę roboty. Niestety nie miałam super elastycznych rąk, żeby sama sobie z tym poradzić. W pewnym momencie poczułam dłonie na swoich. Zamarłam. Moje serce zaczęło bić zdecydowanie szybciej, a żołądek znowu wywróciło mi do góry nogami. Ta osoba pomogła mi z zapięciem sukienki. 

- Gdzie się tak wystroiłaś? - Usłyszałam bardzo dobrze znany mi głos. 
- Przecież dzisiaj jesteśmy umówieni na obiad u moich rodziców. - Odpowiedziałam niepewnie. 
- Wiem, pamiętam. 


Odsunęłam się od niego, a potem obróciłam. Miał na sobie białą koszulę i garnitur. Wyglądał cholernie dobrze w takim zestawie. Wyglądał jak ta wersja Matta Andersona, w której niegdyś się zakochałam. Jednak byłam świadoma tego, że te czasy już nie wrócą. Podeszłam i poprawiłam mu wiązanie krawatu, bo jak zawsze, miał krzywe. 

- Ślicznie dziś wyglądasz. - Oznajmił. 

Chyba się przesłyszałam. Po tak długim czasie z jego ust padł komplement na mój temat. Uśmiechnełam się delikatnie. 

- Dziękuję. - Wyszeptałam. - Gotowy do wyjścia? - Spytałam. 
- Tak. Masz wszystko? 
- Chyba. - Stwierdziłam podczas ubierania czółenek. 

Zeszliśmy do salonu, a potem poszliśmy do samochodu i pojechaliśmy do moich rodziców. Czułam się strasznie niepewnie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy będzie miał napad szału. Po dwudziestu minutach jazdy byliśmy na miejscu. Po zaparkowaniu auta na podwórku wysiałam z samochodu. Anderson zrobił to samo. Podszedł do mnie i ujął moją dłoń, ale ją szybko zabrałam i poszłam do domu. 

- Hej! - Zawołałam entuzjastycznie. 
- Aneczko! - Przyszła zaraz mama i mnie mocno wyściskała. 

Podczas tych uścisków miałam ochotę krzyczeć, bo wszystko mnie bolało, a musiałam mieć dobrą minę do złej gry. 

- Ale powiem ci, schudłaś i to mocno. Zmarnowałaś się. - Zwróciła mi uwagę.
- Mamo... - mruknęłam. 
- O i Matt! 
- Dzień dobry. - Pocałował ją w policzek. - Jak zdrowie? 
- Na szczęście dopisuje. - Uśmiechnęła się szeroko. 
- Michał z Dagmarą już są? - Spytałam.
- Tak, wszyscy siedzimy w salonie, chodźcie!

Lekko spięta poszłam jako pierwsza. Przywitałam się z tatą, Michałem i Dagmarą. Potem Oliwier do mnie przybiegł i się przytulił. 

- A gdzie drugi bohater? - Spytałam.
- W kojcu. - Uśmiechnęła się Dagmara.
- Chodź zaprowadzę cie. - Odezwał się mój brat.

Spojrzałam na niego. Potaknęłam, po czym podeszliśmy do kojca. Wzięłam malucha na ręce i ucałowałam w policzek. Zaczął bawić się moimi włosami.

- Mamy do pogadania. - Powiedział spokojnie.
- O czym? - Spytałam.
- To rozmowa na osobności. Mamo zaraz wrócimy, muszę z młodą pogadać.
- No dobra.

Odstawiłam Antosia do kojca i poszłam z Michałem do ogrodu za domem.

- Michał co się dzieje?
- Może ty mi powiesz? - Spytał spokojnie. - Anka, czy Matt podnosi na ciebie rękę?

Zamarłam gdy usłyszałam to pytanie. Spojrzałam na niego wystraszona. Oczy momentalnie zaszły mi łzami. Mój brat bardzo dobrze znał odpowiedź. Widział mowę mojego ciała.

- Srećko Ci powiedział? - Spytałam chwiejnym tonem.
- Tak. - Wyszeptał i przeczesał swoje włosy. - Co on ci zrobił?
- Nic poważnego....
- Anka błagam cię, nie chroń go!

Nie odpowiedziałam tylko rozpłakałam się jak dziecko i kucnęłam. Ten szybko zareagował i mnie przytulił. Jęknęłam z bólu. Odsunął się ode mnie z bólu wystraszony.

- Od kiedy? - Usłyszałam załamanie w jego głosie.
- To się zaczęło już w Kazaniu. - wyszeptałam. - Wrócił pijany z imprezy. Wtedy zaczął mnie poniżać, mówić, że niedobrze mu się robi, gdy na mnie patrzy. - mówiłam, a łzy spływały po moich policzkach. - Kilka dni potem po raz pierwszy mnie uderzył... potem wszystko było niby dobrze, a kilka dni przed przeprowadzką uderzył mnie, bo coś go wkurzyło i wrócił nabuzowany z treningu...
- Stąd tamto limo... - Stwierdził ,a ja tylko potaknęłam.
- Gdy się wprowadziliśmy do Bełchatowa zaczęło się prawdziwe piekło. - Kontynuowałam.

Już nie miałam żadnych oporów z dopowiedzeniem całej reszty.

- Zaczął mnie regularnie bić, poniżał mnie, przymuszał do seksu, a gdy się broniłam, to znowu mnie bił. Po twarzy, po tułowiu, szarpał, trząsał mną...

Po minie Michała widziałam, że nie wierzył w to, co słyszał. Był w kompletnym szoku. Zauważyłam, że zaszkliły mu się oczy. Odsunął delikatnie materiał z mojej sukienki i ukazał mu się na oczy fragment okropnego siniaka na barku. Gdy podciągnął mój rękawek do góry zobaczył całe przedramię w siniakach.

- Obije ryj temu gnojowi. - Warknął i ruszył w stronę domu.
- Michał nie! - Szybko złapałam go za ramię, co go zatrzymało.
- Nie przeżyje dnia ten skurwiel, choćbym miał resztę życia spędzić w pierdlu!
- Michał, myśl logicznie, masz żonę i dwójkę dzieci! Nie możesz tak się narażać!
- Nikt nie będzie podnosił na Ciebie ręki i Cię krzywdził. Anka... Kurwa jaki ja byłem ślepy. Jak ja mogłem do tego dopuścić.
- To nie twoja wina. - Szepnęłam.
- Moja! Jestem twoim starszym bratem i nie zauważyłem, że coś jest nie tak.
- No już. - Pogłaskałam go po plecach. - Chodźmy do środka.
- I mam siedzieć z nim przy jednym stole?
- Rozprawimy się z nim później.

Wróciliśmy do domu. Mama akurat podała obiad. Przed jedzeniem poszłam szybko do łazienki, żeby ogarnąć twarz, by nie było widać, że płakałam. Po kilku minutach zasiadłam przy stole razem z rodziną. Matt na mnie patrzył badawczo. Usmiechnęłam się delikatnie do niego i zaczęłam jeść. W pewnym momencie on odszedł od stołu. Mama na mnie spojrzała, a ja tylko wzruszyłam ramionami. Po chwili wrócił z kwiatami i jakąś butelką.

- Proszę bardzo to dla Pani, Pani Grażyno. - Usmiechnął się i wręczył jej kwiaty, a potem podszedł do mojego ojca i wręczył mu jakiś wykwintny alkohol. - Jak wiedzą Państwo kocham Państwa córkę całym swoim sercem. Jest dla mnie najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić. - Mówił a ja z Michałem zaczęłam pić napój, a okazał się to kiepski pomysł. - Aniu. - Usłyszałam.

Moja mama zakryła usta dłońmi, tata siedział zaszokowany. Matt klęczał na jedno kolano z otwartym pudełkiem w ręce.

- Wyjdziesz za mnie? - Spytał, a ja i Michał wypluliśmy przed siebie wszystko co mieliśmy w buziach..
 

sobota, 1 października 2016

Rozdział 4

      Serce razem z żołądkiem podeszły mi do gardła. Ciśnienie urosło mi do chyba trzystu. Gdy brat na mnie patrzył i wyczekiwał odpowiedzi, ja nie umiałam wypowiedzieć nawet słowa. Spojrzałam na swojego chłopaka. Nie chciałam go wsypać, mimo że on był temu wszystkiemu winny.

- Wiesz jaka potrafi być ze mnie niezdara. - Usmiechnełam się delikatnie. - Przy pakowaniu uderzyłam w rant szafki. nie wymierzyłam.

       Michał patrzył na mnie badawczo, ale chyba udało mi się mu wcisnąć te bajeczke, bo jego wyraz twarzy złagodniał. Anderson też odetchnął z ulgą.

- Ty ciamajdo - Zasmiał się po chwili, a ja mu zawtórowałam dość nerwowo. - Ja wiedziałem, że potrafiłaś mieć włączoną funkcję samookaleczania, ale żeby aż tak?
- Byś się zdziwił. - Odezwał się Matt. - Żebyś widział jej zapasy z workiem z ubraniami to sam byś się uśmiał. Taka komedia. - Zaczał się śmiać, a mój brat zaraz z nim.

       Wzięłam głęboki oddech i odetchnęłam z ulgą. Weszlismy po chwili do domu mojego ukochanego braciszka. Tam przywitała nas Dagmara i Oliwier.

- Ciocia! - od razu się na mnie mały rzucił.
- Hej! O rany ale ty wyrosłeś! Niedługo ciotkę przerosniesz! - Zaśmiałam się i go wyściskałam. - Cześć Dagmara.
- Hej Anka. - Przytuliła mnie mocno. - No ładnie się wyrobiłaś, tylko co ta za śliwa pod okiem? - Spytała.
- Ja i szafki to nie jest dobre połączenie. - Usmiechnełam sie. - A gdzie Antoś? - Spytałam.
- Śpi. Jak zawsze ma dużo energii i broi jak najęty, tak teraz śpi.
- Ma młody wyczucie. - Stwierdziłam.

       Nie sądziłam nawet, że potrafię tak dobrze kłamać, albo oni tak dobrze udawać. Nigdy im nie mówiłam, o problemach moich i Matta i o tych incydentach.
       Moja szwagierka zrobiła jedzenia jak dla całej drużyny, a było nas tylko pięcioro z racji tego, że mały jeszcze spał. Nie obyło się bez śmiechów i oczywiście odrobiny alkoholu. Chociaż na trochę mogłam zapomnieć o codziennych problemach.

- A jak tam z uczelnią? Załatwiłaś wszystkie formalności?
- Tak, wiesz mimo mieszkania w Kazaniu jakoś nie było mi specjalnie cięzko studiować, bo raz że czesne mam zapłacone, na uczelni pojawiałam się jak mi pasowało. Prace wszystkie były terminowo, więc profesorzy i cała reszta nie miała się do czego przyczepić. - Stwierdziłam.
- A teraz zamierzasz cześciej być na uczelni?
- Jak mieszkam niemalże na miejscu to tak. - usmiechnełam sie do przyjmującego PGE Skry.
- to dobrze. W ogóle rodzice to chyba już nie mogą się doczekać, aż cię zobaczą. Tata w szczególności.
- No jutro ich zamierzam odwiedzić. Wy będziecie na treningu to ja sobie tam poogarniam co trzeba
- No i fajnie, bo serio bardzo się stęsknili.
- to ich na sto procent odwiedze, bo ja też się stęskniłam. - Usmiechnełam się.

      Po kilku godzinach postanowiłam z Mattem pożegnać się z moim bratem i jego rodziną i podjechaliśmy do swojego domu, który był cztery budynki dalej. Uzgodniłam z Amerykaninem, że trochę rzeczy wniesiemy, a resztę zostawimy na nastepny dzien.

~*~

     Tak mineły nam wakacje i zaczęły się przygotowania do nowego sezonu Plus Ligi. A szły już one pełną parą. Z rodzicami widywałam się co najmniej raz w tygodniu. Oczywiście zapytali o moje limo, ale wybrnęłam z tego jak z Michałem.
     Odkąd przeniosłam się z Andersonem do Polski cała ta fala incydentów ucichła, lecz niestety na bardzo krótko. Z każdym dniem traciłam nadzieje, że kiedykolwiek będzie jak kiedyś. gdy rodzina i znajomi z klubu zapraszali nas na posiadówki i obiady i inne rzeczy udawałam w żywe oczy, że wszystko między nami kwitnie. Po powrocie do domu zaczynał się zazwyczaj największy z moich koszmarów, bo w miejscu, w którym powinnam czuć się swobodnie, a byłam coraz bardziej intruzem i niewolnikiem aniżeli domownikiem. Matt nie panował nad swoimi emocjami, nad gniewem i agresją. Nie panował nad niczym. Potrafił robić mi awantury o najmniejsze błahostki. 

- Mam tego do kurwy nędzy dość! - Wydarłam się na niego zapłakana i poszłam ubrać buty. 
- Myślisz, że wyjdziesz z tego domu?! Nigdzie nie wychodzisz! 
- Jeszcze zobaczymy! 
- Chcesz się przekonać? - Warknął i podszedł do mnie. - Wypierdalaj do tego salonu, bo ci pomogę! Nie wyjdziesz nigdzie bez mojego pozwolenia! 
- Chyba jesteś niepoważny! 

I wtedy znowu wymierzył mi siarczysty policzek. 

- Następnym razem nie będę miły. Oddawaj klucze i telefon. 
- Matt czy ty upadłeś na głowę do reszty!? Co w ciebie wstąpiło?! 
- ODDAWAJ! - wydarł się potwornie kolejny raz, tak że aż podskoczyłam. 

Oczywiście, że się na to nie zgodziłam. W końcu ponownie tego dnia doszło do rękoczynów. Zaczął mną szarpać i potrząsać byle by dostał to co chciał. W końcu chwyciłam wazon i rozbiłam na jego głowie. Ogłuszyło go to całkowicie. Wykorzystałam momentalnie sytuacje, zabrałam bluzę i wybiegłam z domu. Biegłam przed siebie byle jak najdalej z tamtego miejsca. 

- Anka?! - Usłyszałam. - Ania co się stało? Hej zaczekaj! 

     Wtedy dopiero rozpoznałam głos a był to Srećko Lisinac. Złapał mnie za ramię i zatrzymał. Jęknęłam głośno z bólu. 

- Matko boska co ci się stało?! - Spytał. - Ania?

     Nie odpowiedziałam tylko schowałam twarz w dłoniach i dałam upust wszystkiemu co gromadziło się we mnie od dłuższego czasu. Środkowy bloku nie czekał tylko mnie przytulił i zaczał uspokajać.

- No dobra chodźmy do mnie. No już nie płacz. - mówił spokojnie i poszlismy do jego mieszkania. 

     Tam zrobił mi herbatę i przemył zadrapania i szramy. Skoro Serb już tyle widział to nie mogłam mu mydlic oczu kolejną bajeczką z szafką czy inna sytuacją, a tych opowiastek było naprawdę sporo. W milczeniu odkaził wszystkie rany i w końcu się odezwał. 

- Matt to zrobił? 
- Tak. - Odpowiedziałam szeptem i w końcu spojrzałam na niego, a ten tylko potaknął głową. 
- Poprzednie też? 
- Tak. 
- Michał wie, że regularnie on podnosi na Ciebie rękę? 
- Nie i nie może się dowiedzieć. 
- Ania... W końcu przez niego wylądujesz w szpitalu, nie możesz przed nim tego ukrywać. W końcu to twój brat. 
- A co ja mogę? - Spytałam ze łzami w oczach. - rodzice widzą w nim idealnego kandydata na zięcia. Matt podpisał z klubem kontrakt na dwa sezony.
- Tu bardziej chodzi o twoje zdrowie i bezpieczeństwo, bo ani jednego ani drugiego nie masz. Ania jak najszybciej powiedz to Michałowi. 
- Nie mogę! Matt mnie za bardzo kontroluje. Kontroluje z kim pisze, chce mnie zamykać w domu podczas gdy on wychodzi sobie z wami lub na trening, muszę robić wszystko pod jego dyktando, a jeśli się sprzeciwie... 
- To kończy się tak? 
- A nawet gorzej. - wyszeptałam. 
- Moim zdaniem powinnaś komuś jeszcze o tym powiedzieć, bo to się może tragicznie skonczyć. 
- Srećko... On nie może się dowiedzieć, bo wtedy dopiero rozpęta się prawdziwe piekło.
- Ale ja ani nikt z drużyny już nie pozwoli, żeby cię skrzywdził lub się chociaż do Ciebie zbliżył.
- Matt nie może się dowiedzieć, że ty wiesz.
- No dobra.  Coś jeszcze ci robi? Zmusza cię do seksu czy coś? 

       Na to pytanie sam dobrze znał odpowiedź. Byłam zniszczona i fizycznie i psychicznie. Tak się nie dało żyć, to była jakaś kompletna porażka. Dopiero po dwóch godzinach opuściłam jego mieszkanie.  Dość powolnym krokiem szłam w stronę swojego domu. Najgorsze było to, że nie miałam odwagi się przyznać do tego nikomu. Było mi po prostu wstyd za siebie, za to że tak sobie dałam. Im bliżej znajdowałam się naszego domu, tym bardziej nie chciałam tam wracać. W końcu gdy dotarłam zobaczyłam Andersona siedzącego na schodkach i palącego papierosa. Znowu poczułam znany mi już ścisk w żołądku. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Weszłam od tak do środka i poszłam od razu się wykąpac i zamknęłam się w sypialni i poszłam spać. 

czwartek, 1 września 2016

Rozdział 3

       Nadszedł ten "cudowny" dzień wyprowadzki. Z jednej strony cieszyłam się jak gwizdek, że w końcu zobaczę swoją rodzinę po tak długiej rozłące, a z drugiej byłam okropnie zestresowana. Przez te kilka dni próbowałam wymyślić jakąś sensowną wymówkę, dlaczego mam taką śliwę pod okiem, ale nic, w co moi rodzice, a przede wszystkim mój brat by uwierzył, nie przychodziło mi do głowy. 
      To oko wyglądało po prostu paskudnie. Nie dość, że bolało tak mocno, że nie byłam w stanie go dotknąć, to jeszcze siniak obejmował dolną powiekę, przez skroń aż do brwi. A najgorsze było to, że nie szło tego w żaden sposób zakryć. Jedyną opcją duże okulary słoneczne, ale nawet one tego w całości nie zakrywały. 
      Zaniosłam nasze torby i walizki pod drzwi, żeby nie trzeba było latać po całym mieszkaniu. Spojrzałam na godzinę. Dochodziło południe, więc i Matt powinien już być. I był. Dosłownie sekundę po tym wszedł do domu.  

- Hej. - Usłyszałam. - Już wszystko spakowane? 
- Hej. Chyba. Nie jestem pewna. - Odpowiedziałam, patrząc na wszystkie rzeczy. 
- Coś się stało? 
- Teraz czy w ogóle? 
- W sumie teraz. Masz niemrawą minę. Myślałem, że się cieszysz, że przenosimy się do Bełchatowa.
- Bo się ciesze, naprawdę. - Starałam się brzmieć przekonywująco. - Tylko mam stresa. I to konkretnego. 
- Czego się boisz? - Podszedł i splótł nasze dłonie mocno. - Przecież wracasz do domu, do swoich. 
- Niby tak, ale... Nie wiem, mam lekki mętlik w głowie. Trochę boję się, co moja rodzina powie. 
- Chodzi o oko? - Spytał smutno, a ja potaknęłam.
- Co ja mam im powiedzieć? Bo ja nie mam wymówki. 
- Przed nami bardzo długa droga. 
- Średnio 28 godzin samochodem. Jesteś pewny, że samolot to nie byłaby lepsza opcja? 
- Dla nas tak, ale wracałabyś się po rzeczy? 
- W sumie... - Mruknęłam. - Masz rację. 
- Rozchmurz się, będzie dobrze. - Posłał mi swój uśmiech i pocałował w czoło. 

       Mimo jego zapewnień, że wszystko będzie dobrze, jakoś nie potrafiłam się rozchmurzyć, poprawić sobie humoru, nic. Dosłownie nic. Tym bardziej nie potrafiłam w to uwierzyć. Moje myśli staczały chyba ze sobą jakąś konkretną wojnę, bo byłam cholernie mocno rozkojarzona. 
      Z racji tego, że Matt miał stłuczony bark to nie mógł za wiele zrobić. Ani nosić, dlatego cały ciężar przeprowadzki spadł na mnie. Ale że mój kochany był uparty gorzej jak osioł to nosił wszystko jak leci i nie było wymówki, że boli. 

- Jesteś idiotą. - Skwitowałam, gdy po raz kolejny zobaczyłam grymas na jego twarzy. 
- Uważaj, bo pozwolę ci to wszystko samej nosić. Yhm. Po moim trupie. - Mruknął i na mnie spojrzał. 
- Pozwalać nie musisz, ale trochę rozwagi panie gwiazda powinieneś zachować. Co za tym idzie? Oszczędzaj bark baranie, bo nie będą ci płacili za stanie siedzenie za bandami, tylko za grę.  A po za tym, zostały tylko ubrania, więc dam sobie radę, a ty idź obłóż ten cholerny bark. 
- Kobieto, czy ty zawsze musisz mnie tak sprowadzać do parteru? 
- Ktoś musi. - Odrzekłam i poszłam po worek. 

      Ale tym razem się sama przeliczyłam. Ubrania w tym worku były tak ubite, a ważyły tyle, że nawet tego nie tknęłam. Próbowałam to jakoś popchnąć, pociągnąć za sobą, czy nawet turlać, ale to ważyło tyle, że nawet z rozbiegu, gdybym chciała to ruszyć, to bym się odbiła. Pech chciał, że wpadłam na ten durny pomysł i postanowiłam go zrealizować. Zrobiłam 15 dużych kroków w tył. Potem zaczęłam szybko biec. W pewnym momencie poczułam wielki opór w postaci tego worka. Odbiłam się od niego niczym kauczukowa piłeczka i wylądowałam pod sofą. Nie obyło się bez  mojego jęku i wielkiego huku, bo rozmach był taki, że sofę (!) przesunęłam, a ona komodę, na której stała lampka, a lampka spadła i się stłukła. 

- O ja pierdole. - Stęknęłam. 

     Przez chwilę nawet się nie podnosiłam, bo nie miałam siły, żeby chociażby usiąść na tej podłodze. Wtem usłyszałam oklaski swojego chłopaka. Uniosłam głowę, a po chwili znowu ją położyłam. 

- No pięknie, a mi mówisz, żebym zachował rozwagę? Ty wynosząc worek demolujesz salon. I siebie. - Parsknął na końcu śmiechem. 
- Ha ha ha, śmiej się proszę bardzo. - Mruknęłam. 
- Chodź tu moja ciamajdo. - Podszedł i pomógł mi wstać. 
- Pokonał mnie worek. - Zaczęłam się śmiać jak głupia i kucnęłam. 

       Ta cała moja głupawka trwała jakieś 20 minut, ale jak zauważyłam to dopadła nie tylko mnie, bo Anderson siedział przy mnie i sam chichrał się jak głupi. Spojrzałam na niego. 

- Co my w ogóle robimy. - Powiedziałam z uśmiechem. 
- Nie wiem, ale w takim tempie to my się nie zawiniemy stąd jeszcze przez dwa dni. 
- To prawda. 
- Czego ja się o tobie dowiaduję po trzech latach związku? - Zaśmiał się
- Jeszcze sporo przed tobą. 
- Dobra, czas się zabrać do roboty. Ty weź te lekkie rzeczy, głuptasie, bo worek znowu cię pokona. - Pokazał mi język i sam bez problemu wziął ten cholerny worek i poszedł, a ja patrzyłam na niego z rozdziawioną miną. 
- Nie no ja nie wierze. - Mruknęłam do siebie i wstałam. 

     Wzięłam te lżejsze torby i chodziłam sobie spacerkiem do samochodu i z powrotem. Takim sposobem spakowaliśmy wszystko co mieliśmy przygotowane. Usiadłam sobie na masce naszego samochodu i zaczęłam się przyglądać.

- To co gotowa? - Usłyszałam Amerykanina i poczułam jak mnie obejmuje. 
- Chyba. - Odpowiedziałam. - Szczerze? Chyba będę tęskniła za tym miejscem. 
- Nie ty jedna. - Westchnął. - dobra, musimy się zwijać. Późno się robi. 

       Potaknęłam i wsiadłam do samochodu od strony pasażera. Zapięłam pasy bezpieczeństwa. Po chwili Matthew zrobił to samo, po czym odpalił samochód i odjechaliśmy. 
        Droga na szczęście minęła nam całkiem szybko. Żeby był jakiś podział ról, to zmienialiśmy się co parę godzin, żeby każde mogło odpocząć. 
         Następnego dnia pod wieczór, gdy zobaczyłam tablicę "Bełchatów" poczułam mocny ścisk w żołądku. Był to strach przemieszany z radością. Spojrzałam na swojego ukochanego.

- Jesteśmy. - Powiedziałam. 
- Zaczynamy nowy okres. - Uśmiechnął się. 

Po kilku minutach podjechaliśmy pod dom Michała. Odpięłam pasy od razu i wysiadłam, bo zobaczyłam, że stoi na ganku. 

- Anka! 
- Michał! - Pisnęłam. 

      Szybko do niego podbiegłam i rzuciłam mu się na szyję po czym rozpłakałam jak dziecko. Tak bardzo za nim tęskniłam. Poczułam jak mój starszy brat mocno obejmuje i tuli do siebie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak można tęsknić za rodzeństwem. Odsunął mnie od siebie.

- Jejku jak ty się zmieniłaś! Wyglądasz cud... - Mówił, ale przerwał, bo zobaczył moje oko. - Cofam to. Co się stało?! - Spytał.

        I w tamtym momencie zamarłam, bo nie wiedziałam, jak się wytłumaczyć.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rozdział 2

       Przepłakałam w łazience całe popołudnie i wieczór. Nie chciałam, żeby się do mnie zbliżał, bałam się go. Mimo jego błagań i próśb nie wyszłam z pomieszczenia, bo zwyczajnie byłam przerażona. W końcu jednak musiałam stamtąd wyjść. A stało się to następnego dnia, kiedy obudziłam się skulona na kafelkach. Podniosłam się cała połamana i spojrzałam w lustro. Szczerze, gdyby mogło mówić zaczęłoby krzyczeć. Potargane włosy, zapuchnięta twarz, oczy mniejsze jak u świni. Wyglądałam okropnie. 
       Po cichu otworzyłam drzwi i poszłam do garderoby na szybko po jakieś świeże ubrania i bieliznę. Zachowywałam się najciszej jak potrafiłam, bo nawet nie wiedziałam, która jest godzina i nie wiedziałam, czy Matt jest w domu. A nie chciałam go widzieć na oczy. Szybko czmychnęłam niezauważona do pomieszczenia, wzięłam na szybko rzeczy, które były mi potrzebne i pognałam z powrotem do mojego schronu. Wzięłam gorący prysznic, a potem usiadłam na opuszczonej klapie ubikacji i zaczęłam się zastanawiać, co dalej. W domu panowała grobowa cisza, więc mogłam wywnioskować, że jestem w nim sama. Dlatego postanowiłam spróbować. Opuściłam łazienkę. 
       Skradałam się we własnym domu niczym złodziej, który chciał coś zakosić i uciec.  Kiedy weszłam do salonu, okazało się, że nie jestem jednak sama. Na skórzanej sofie spał Anderson. Gdy go zobaczyłam, myślałam, że zabiję się w wejściu, tak szybko chciałam uciekać z powrotem. Ale spał. Wyglądał tak niewinnie i delikatnie. Gdy na niego patrzyłam, nie mogłam się na niego złościć. Po prostu go kochałam. Bezgranicznie i bezwarunkowo. Wzięłam z szafy koc i go przykryłam. Pokierowałam się do kuchni, gdzie postanowiłam zrobić sobie jajecznicę, bo jednak mój organizm zaczął się domagać jakiegoś posiłku. Przy krojeniu cebuli zaszkliły mi się oczy. Przynajmniej miałam na co zwalić. Rozpłakałam się bez głosu. Jedyne, co mnie zdradzało, to podciąganie nosem. 
         Przez to, że tłuszcz się już rozgrzał, a wrzucone warzywo zaczęło sobie skwierczeć nawet nie usłyszałam tego, jak Matthew obudził się i wstał. 

- Ania... - Usłyszałam jego trochę przychrypnięty głos. 
- Czego? - Rzuciłam oschle. 
- Przepraszam. Naprawdę Cię przepraszam. Powinienem był nad sobą zapanować.
- Ale tego nie zrobiłeś. - Odpowiedziałam, starając się brzmieć normalnie. 
- No już nie płacz. - Poczułam jak kładzie dłonie na moich ramionach.

      Niemalże z prędkością światła się od niego odsunęłam. Patrzyłam na niego z bólem w oczach. Teraz jego dotyk nie kojarzył mi się z niczym miłym, tylko z bólem i cierpieniem. Sam mój oprawca jednak wyglądał, jakby tego żałował. 

- Proszę Cię. - Jęknął. - Słońce, błagam. Wybacz mi. 
- Ile razy mam ci wybaczać ten sam lub podobny incydent? - Spytałam. - No ile? To są pieprzone obietnice, FAŁSZYWE przede wszystkim, bo tylko mówisz, a nic z tym nie robisz. - Stwierdziłam na poczekaniu. 
- Kochanie, ja się naprawdę staram. 
- Wczoraj chyba oboje się przekonaliśmy jak bardzo się starasz.
- Anka no co ty. - Spojrzał na mnie badawczo. - Ty chyba nie chcesz....
- Nie wiem... - Jęknęłam i wróciłam do robienia posiłku. - Jeśli tak to ma wyglądać, to ja dziękuję bardzo. 
- Ale ja cię kocham! Chcesz skończyć 3-letni związek od tak? - Spytał
- Powiedziałam, że nie wiem, potrzebuję czasu. - Odgarnęłam włosy z czoła. - Chce od tego odpocząć, zdaje mi się, że oboje mamy już siebie trochę po dziurki w nosie. 
- Ja nie mam. Ania, mamy się przenieść do Bełchatowa. 
- I fajnie, bo jak wrócimy tam, to ja się zastanowię, czy chcę dalej z tobą mieszkać. 
- Grozisz mi wyprowadzką? 
- Nie grożę. Matt jesteś takim hipokrytą, że to aż boli. - Westchnęłam i spojrzałam na niego. - chce tyko przerwy. O tak wiele proszę? 
- Nie. - Westchnął ciężko. - Ale to nie znaczy, że się rozstajemy? 
- Nie. - Odpowiedziałam i wzięłam głęboki oddech. 
- Chodź tu. - Wziął mnie za rękę i przyciągnął do siebie, a potem przytulił mocno. 

          Wtuliłam się w swojego mimo wszystko ukochanego. Nie obyło się bez moich łez. Byłam zbyt miękka. Za łatwo okazywałam swoje emocje. Swoją słabość. On wiedział, że go kocham całym sercem. Wiedział też, jak to wykorzystać na jego korzyść. Ale on mnie też kochał. A w to wierzyłam na pewno. 

- Tak bardzo cię przepraszam za wczoraj. Nie chciałem, naprawdę to nie było w mojej intencji. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 
- Ja też nie, ale nie chcę tej wersji ciebie widzieć na oczy. Nigdy więcej. - Odpowiedziałam i się od niego odsunęłam. 

Gdy to zrobiłam, siatkarz aż zbladł. Zmarszczyłam brwi zdezorientowana do granic możliwości. 

- Co się dzieje? - Spytałam. 
- Ja pierdole ja naprawdę nie chciałem! - niemalże wrzasnął spanikowany. 
- To już słyszałam, o co chodzi!? 
- Nie boli cię? - Dotknął delikatnie okolice mojego prawego oka. Syknęłam dość głośno i sama dotknęłam to miejsce jakby bólu było mi mało. 

      Podeszłam szybko do lustra. Zbladłam, gdy zobaczyłam co się wyrabia na mojej twarzy. Przyjrzałam się temu dokładnie. Pojawiał się dosyć solidny granatowy siniak i to wcale nie mały. Był dosyć pokaźnych rozmiarów. 

- Nie, nie, nie, nie, nie! - Zaczęłam jęczeć. - Jak ja się w domu pokażę?! - Krzyknęłam. 
- Nie da się tego zakryć makijażem? - Spytał zmartwiony. 
- CZYŚ TY OSZALAŁ?! - Wrzasnęłam ze łzami w oczach. - Tego nie zakryje nawet 100 warstw podkładu i pudru! - Jak mogłeś?! 
- Ania... - Jęknał. - Ja naprawde nie chciałem... Błagam... 

         Pobiegłam do łazienki. Znowu. Przez dwie godziny zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić, jak za parę dni mieliśmy lecieć do Bełchatowa, co szło za tym? Odwiedziny mojej rodziny. Z tym pięknym śladem pod okiem nie było nawet opcji, żebym się z nimi spotkała, a to limo na pewno w tydzień nie zejdzie. Zaczęłam kombinować na wszystkie możliwe sposoby, ale wszystko kończyło się fiaskiem. Ledwo to się pojawiało, a już nie szło tego zakryć. Byłam załamana.  Usłyszałam dobijanie się do drzwi.

- Kochanie...
- Zostaw mnie! 
- Nie ma mowy, nie odejdę dopóki nie otworzysz drzwi.
- No to sobie poczekasz.
- Ania do cholery, nie chciałem.
- Jak ja się w domu pokażę z limem pod okiem!? - Krzyknełam. 
- Próbowałaś to zakryć?
- Makijaż już teraz nic nie da, a co dopiero za parę dni, kiedy prawdziwa śliwa wyjdzie. - Jęknełam. 
- Słońce, prosze cię otwórz te drzwi, nie chcę rozmawiać przez zaporę. 
- a ja nie chcę w tym momencie rozmawiać z tobą. Jeden jeden.
- A mam je wyważyć? - Spytał.
- Nie zrobisz tego. Nie jesteś głupi, nie zaryzykowałbyś kontuzją barku. - Prychnęłam.
- A żebyś się nie zdziwiła. - Usłyszałam, a to co on zrobił wprawiło mnie w absolutne osłupienie.

        Zdążyłam jedynie odsunąć się od futryny, bo kilka sekund po, drzwi wyleciały z zawiasów, a wraz z nimi wpadł mój chłopak. Patrzyłam na niego z otwartą buzia. 

- Jak wytłumaczysz to fachowcowi, gdy będzie naprawiał drzwi?
- Powie się, że się zatrzasnęłaś czy coś.
- Będzie sprawdzał zamek. 
- Mniejsza o to, Ania. - Westchnął i podszedł do mnie.

       Odsuwałam się od niego jak mogłam, ale w końcu zatrzymałam się na pralce. Nie byłam pewna tego, co on może zrobić, wręcz się tego bałam. 

- Nie bój się... 
- Teraz mi to mówisz? Gdy jestem wystraszona do granic możliwości? - Spytałam. 
- Naprawdę przepraszam. - Szepnął, bo jakoś dziwnie mu się głos chwiał. 

       Poczułam jak składa na moim czole pocałunek i mnie obejmuje. Nie obyło się bez jego syknięcia. Wiedziałam, że to się skończy mniejszą lub większa kontuzją.

- I co było warto narażać bark? 
- Dla ciebie nawet amputowałbym sobie nogę.
- Szkoda, że nie język. - Mruknęłam. 

     Mimo wszystko usłyszałam jego śmiech. Śmiech, który tak bardzo kochałam. Tego dźwięku nie zamieniłabym na nic innego.

piątek, 12 sierpnia 2016

Rozdział 1

     Dzień zaczęłam od typowej, porannej toalety. Nie miałam żadnych planów na ten dzień, więc ubrałam się w wygodny dres, a na ramiona zarzuciłam klubową bluzę swojego ukochanego. Zeszłam do kuchni. Już na schodach unosił się piękny zapach naleśników i syropu klonowego. Gdy zajrzałam do pomieszczenia, przy kuchence stał i rządził Matthew.

-Dzień dobry. - Powiedziałam. - Ale pięknie pachnie.
- To siadaj do stołu. - Usłyszałam.
- Coś się stało? - Spytałam z lekką niepewnością i podeszłam do siatkarza.

Gdy tylko dotknęłam delikatnie jego barku wzdrygnął się, jakby nie wiadomo kto go dotknął. Zobaczyłam, że na twarzy przy oku ma siniaka.

- Co się stało?
- Nic, uderzyłem się. - mruknął.
- Matt, gapo jedna. - Wyjęłam z lodówki zimny okład i przyłożyłam ostrożnie do jego twarzy.

Mimo moich szaleńczych 170 centymetrów wzrostu udało mi się do jego twarzy dosięgnąć. Syknął i odskoczył jak oparzony. Spojrzał na mnie jak dzikie, wystraszone zwierzę. Byłam zaskoczona i zszokowana jego zachowaniem. Odłożyłam okład do lodówki zrezygnowana.

- Ania przepraszam. - Jęknął, gdy objął mnie w pasie i złożył pocałunek na moich włosach.
- Słońce, co się dzieje?
- Wczoraj jakiś typ do mnie fikał, no i... Doszło do rękoczynów.
- Matt! - Krzyknęłam i się odsunęłam od niego.
- Tym razem miałem powód!
- Czy masz czy nie, nie znaczy, że masz lać każdego po mordzie, bo ci się nie spodoba, co mówi! Jezu jesteś głupi jak pęk słomy!
- No świetnie.
- Zajebiście. - Prychnęłam i wyszłam z kuchni.
- Anka! Śniadanie!
- Straciłam apetyt, dziękuję. - Odpowiedziałam już wkurzona na swojego mężczyznę do granic możliwości.

To nie był pierwszy raz, gdy wracał z poobijaną twarzą lub inną częścią ciała. To już był któryś przypadek z kolei. Szczerze nie podobało mi się to, jak Anderson nie umiał nad sobą zapanować. Czasami nawet zastanawiałam się, jak on wytrzymuje na meczach.
Usiadłam na łóżku w naszej sypialni i odgarnęłam włosy z czoła. Nie tak chciałam zacząć nowy dzień. Nie od kłótni. Wzięłam swój telefon. Chciałam napisać do swojego brata. Strasznie tęskniłam za Bełchatowem, Łodzią i ogólnie za domem.

- Ania. - Usłyszałam. - Musisz jeść.
- Matt co się z tobą dzieje? Jesteś agresywny, chłodny... - Powiedziałam zmartwiona.
- Mam gorszy okres w życiu. Chyba potrzebuję odpoczynku od tej całej presji związanej z siatkówką. - Usiadł obok mnie i podał mi talerz.
- Kochanie cokolwiek by się nie działo to możesz mi powiedzieć, przecież wiesz. - Ujęłam jego dłoń.
- Wiem, wiem. - Odpowiedział. - Mam też dla Ciebie wiadomość.
- Co jest? - Spytałam
- Podpisałem kontrakt z PGE Skrą Bełchatów.
- Nie mówisz serio. - Zabłyszczały mi się oczy.
- Mówię. - Zaśmiał się cicho. - Przeprowadzamy się do Polski.
- O mój Boże tak się cieszę! - pisnęłam głośno i rzuciłam się mu na szyję. - Kiedy się przeprowadzamy?
- W sumie na dniach. - Uśmiechnął się.

Patrzyłam na niego oniemiała. Tego się nie spodziewałam. Tak bardzo tęskniłam za domem, a ten podpisał kontrakt z klubem, w którym grał mój starszy brat. Niemal z marszu zaczęłam pakowanie. Anderson, gdy zobaczył mnie taką, zaczął się śmiać.

- Dobra, ja zmiatam na trening, ostatni. A ty się nie przemęczaj. - Uśmiechnął się.
- Okej. - Podeszłam do niego i stanęłam na palcach, a następnie pocałowałam z czułością.
- No dobra, mała. - Zaśmiał się mi w usta, wziął torbę i zniknął za drzwiami.

Od razu chwyciłam za swój telefon i wybrałam numer swojego brata.

- No hej młoda, co jest?
- Zgadnij, kto wraca do Polski. - Pisnęłam.
- No co ty dajesz! Kiedy?
- Na dniach! Matt podpisał kontrakt ze Skrą! Nie wiem na ile, ale na sezon co najmniej. - Zaśmiałam się.
- O ja pierdziele! Chcę wiedzieć, kiedy przyjeżdżacie! Musimy to oblać!
- No koniecznie! - Pisnęlam. - Dobra muszę kończyć, pakować się trzeba.
- Chyba po raz pierwszy raz w życiu słyszę cię aż tak zajaraną. - Usłyszałam jego śmiech.
- Serio? - Spytałam.
- No. Dobra ty się tam pakuj, do zobaczenia w Bełchatowie, mała.
- Nooo trzymaj się, brat. - Zaśmiałam się i rozłączyłam.

Zabrałam się za pakowanie naszych ubrań. Nie spodziewałam, że ich ilość mnie aż tak przerośnie. Cała garderoba wyglądała jak jedno wielkie pobojowisko. Gdy siedziałam w salonie i pakowałam dokumenty, a było już późne popołudnie usłyszałam trzask drzwi. Uniosłam głowę.

- Hej kochanie. - Powiedziałam.
- A idź pan w chuj. - Usłyszałam jego wiązankę. - Kurwa mać co tu się stało?! Anka! - Zaraz tu przybiegł szybciej niż Bolt.
- Nie krzycz tak, cała dzielnica cię słyszy.
- Jebie mnie to. Co tam kurwa jest?! - Wrzasnął.
- Matt ogarnij się! Przecież się wyprowadzamy, a jest bajzel w papierach więc to porządkuję!
- Robiąc większy syf?
- Matt uspokój się. - Powiedziałam stanowczo. - Do cholery jasnej, krzycz sobie na treningu, ale jesteś w domu, więc się na mnie nie wyżywaj! Jak chcesz ochłonąć to tam jest balkon.

W tym momencie, w jego oczach zauważyłam taki gniew, jakiego wcześniej nigdy nie widziałam. W pewnym momencie usłyszałam tylko świst. Siatkarz zamachnął się. Wtedy poczułam jego siłę na swojej twarzy. Aż się obróciłam. Na bezdechu spojrzałam na niego ze łzami w oczach. Dopiero wtedy zbladł. Uświadomił sobie co zrobił.

- Ja pierdole Ania, przepraszam. - Jęknął i złapał się za głowę i ruszył w moją stronę.
- Nie zbliżaj się do mnie. - Odsunęłam się automatycznie i z prędkością Forresta pobiegłam do łazienki i tam się zabarykadowałam i dałam upust wszystkim swoim emocjom.